piątek, 5 grudnia 2008

Posąg [Aleksandra]

- Anka, przepraszam cię. Nie chciałem, żeby to tak wyszło...

- Oczywiście. A jak miało wyjść? Miałam się dowiedzieć za miesiąc, czy za pół roku, czy może nigdy? Jak długo jeszcze zamierzałeś udawać, że nic cię z nią nie łączy, że to tylko koleżanka z pracy? To obrzydliwe!

- Przecież nie udawałem, ja naprawdę coś czułem do ciebie, ale...

- Przestań, nie chcę tego słuchać! Po prostu dokończ pakowanie i wyjdź. Nie chcę już o tym rozmawiać.

- Jeszcze tylko kilka rzeczy – Wojtek chodził po mieszkaniu w pośpiechu i przeszukiwał wszystkie szafki – Gotowe. Wybacz, że cię zraniłem. Nie chciałem tego.

- Ale nie przepraszaj, nie masz za co. Nie zraniłeś mnie. Właściwie dobrze się stało. Masz rację, my... To nie miało sensu. Idź już. Cześć!

- Trzymaj się, Anka! Dasz sobie radę?

- A dlaczego mam nie dać? Myślisz, że mogę się załamać? Daj spokój! Nie jestem dzieckiem.

- W takim razie już pójdę. Gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń o każdej porze.

- To nie będzie konieczne. Pa!

Zamknęła za nim drzwi odrobinę za mocno. Poczuła napięcie wszystkich mięśni i ostry ból w klatce piersiowej, jakby złapał ją jakiś dziwny skurcz. Zgięta wpół osunęła się na ziemię i zaczęła płakać. Ból się wzmagał. Otworzyła usta, by go wykrzyczeć, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Nie wiedziała, jak długo leżała skulona na podłodze, zanim zadzwonił telefon. Musiała usnąć zmęczona bólem i płaczem. Z trudem się podniosła i podeszła do aparatu.

- Słucham – jej głos był bardzo słaby.

- Cześć, Aniu! Mówi Jacek. Jak się masz? Co słychać?

- Wszystko w porządku. Jestem ostatnio trochę zabiegana, ale jest ok - zdumiewające, jak łatwo przychodziły jej kłamstwa - A co u Ciebie? Znalazłeś pracę?

- Tak, wyobraź sobie, że dostałem wymarzoną robotę! Świetna pensja! Właściwie jedyna wada to odległość. Dojazdy by mnie po prostu zjadły, dlatego muszę się przeprowadzić. W przyszłym tygodniu zabieram rzeczy do Katowic. Wynająłem już mieszkanie.

- Tak? To dobrze. Cieszę się.

- Aniu, czy wszystko ok.? Masz taki słaby głos...

Wyprostowała się. Napięcie mięśni. Mechanizm obronny.

- Oczywiście, że ok. Tylko... muszę kończyć, bo właśnie gotuję obiad i... Trzymaj się! I gratuluję. Pa!

Odłożyła słuchawkę. Drżała.

„O nie! Nie będę się rozklejać przez tego idiotę! Muszę się wziąć w garść... Tylko po co? Dla kogo mam być silna? Dla siebie nie warto. A on już nie wróci. Miał rację, że wybrał tę blondynę o ciele Pameli Anderson. W porównaniu z nią wyglądam jak sierotka Marysia albo pasterka Zosia, a one raczej nie miały szczęścia w miłości. Może dlatego, że nie biegały w kusym kostiumie po plaży”.

Żeby znów nie płakać, skupiła całą uwagę na wykonywanych czynnościach: zamknęła drzwi na zamki i zaczęła odkurzać, potem pozmywała naczynia, zrobiła pranie i starła kurz. Kiedy nie było już nic do zrobienia, bo wysprzątała każdy kąt mieszkania, pozwoliła sobie na gorącą kąpiel. Zapaliła lawendową świeczkę, bo zapach lawendy sprawia, że człowiek słabiej odczuwa lęk. Nie mogła sobie przypomnieć, gdzie o tym czytała. Leżąc w wannie pod grubą kołdrą z piany, znów zaczęła płakać.

„Po co to wszystko? Po co tyle bólu? Życie i tak się skończy. Dlaczego mam tyle cierpieć? Czy ja nie mogę być szczęśliwa? Chociaż przez chwilę? To prawda, człowiek jest silny, ale po co mam to wciąż na nowo sprawdzać. Ja już nie chcę... nie chcę cierpieć. Nie chcę nic. Nie chcę tej męki. Nie chcę”.

Z trudem się podniosła, gdy poczuła, że woda stała się lodowata. Długo wycierała się ręcznikiem, by pobudzić krążenie i poczuć ciepło. Włożyła czarne dżinsy i szary luźny sweter. Związała niedbale włosy. Wciąż czuła ucisk w gardle i w klatce piersiowej. Nie mogła zostać w domu. Łzy wciąż płynęły. Miała czerwone oczy i podrażnioną skórę. Czuła, że jeśli będzie dłużej sama w mieszkaniu, będzie płakać cały czas, aż braknie jej łez, aż stanie się tak słaba, że nie będzie mogła się ruszać, ani nawet mówić. Wypłakałaby cały ból i jednocześnie całą siłę, całą siebie. Musiała się przed tym w jakiś sposób uchronić. Przemyła twarz i zrobiła perfekcyjny makijaż. Spakowała do torby kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Postanowiła wyjechać. Gdziekolwiek. Chociaż na kilka dni. Oderwać się od problemów. Odciąć się. Uciec.

„Uciec? No tak, to coś, co wychodzi mi najlepiej. Takie życie mi nie odpowiada, więc zabieram swoje zabawki i sztywno, z wysoko uniesioną głową odchodzę gdzie indziej. Nie spieszę się, nie ukrywam, ale to tylko pozory. Tylko fasada. Tak to widzą inni. Tak mają to widzieć. A przecież właściwie uciekam cały czas. Rezygnacja z pracy, gdy byłam zagrożona utratą stanowiska; zrywanie znajomości zanim przerodziły się w coś poważnego, by nie musieć cierpieć po ewentualnym rozpadzie związku (Wojtek był tu wyjątkiem. Niestety. Jedyny mężczyzna, któremu pozwoliłam na bliskość. I to właśnie on mnie zdradził. Ironia losu); rzucanie się w wir pracy, gdy pojawiają się jakieś problemy. No i teraz. Wyjazd po zerwaniu. Wciąż ucieczka. Przed oceną, przed cierpieniem, bólem, a właściwie przed... życiem. Nawet nie mogę powiedzieć, że cokolwiek zyskałam dzięki tym ucieczkom. Wręcz przeciwnie – zbyt wiele straciłam. Jedyne, co mam, to podziw ludzi. Ale po co mi ten podziw? Przecież oni mnie właściwie nie znają. Widzą tylko to, co chcę pokazać. Nic więcej. Nikt mnie nie przytuli, kiedy zacznę płakać, bo przecież to niemożliwe, żebym ja w ogóle miała jakiś gorszy dzień, jakieś kłopoty. Z zewnątrz moje życie wygląda prawdopodobnie jak pasmo szczęścia. A prawda jest taka, że to ruina. Nawet gorzej: pustka”.

Opanował ją silny lęk. Poczuła przeraźliwe zimno. Drżała. Spojrzała w lusterko i zobaczyła, jak spływa jej perfekcyjny makijaż. Osunęła się na ziemię. Znów pojawił się ból. I uwięziony w gardle krzyk. Skulona podeszła do telefonu i drżącą ręką wystukała numer.

- Jacek – wyszeptała, płacząc – nie wszystko jest ok. Możesz przyjechać?

1 komentarz:

UNIT pisze...

Twardy orzech do zgryzienia. Moim zdaniem to dobry pomysł, potrzeba mu jednak kilku poprawek. Nie językowych, bo tutaj jest, moim zdaniem, bardzo dobrze z minusem, a konstrukcyjnych.
Ale zacznijmy od początku.
Pierwsza rozmowa, wprowadzająca, jasna, wiadomo o co chodzi, a jednak odnosiłem wrażenie jakiejś groteskowej nierealistyczności. Spójrz:
Wojtek: Wybacz, że cię zraniłem. Nie chciałem tego.
Dla mnie brzmi to nawet nie tyle nienaturalnie, co mechanicznie. Informuje ją o tym co czuje, kiedy sytuacja jest wiadoma. Jasne, że ją zranił i prawdopodobnie jest mu przykro, że doprowadził kogoś do płaczu. To, co mówi, jest dosłownością. Zachowaniem, które ma określać bohatera, ale nie może być opisane wprost. Moim zdaniem lepiej zapisać sobie w szkicu, że gościowi przykro, a w opowiadaniu namalować tego obraz. W taki sposób, żeby to czytelnik domyślił się, że facet jest skruszony. Zastanów się jak to jest w filmach, jak taka scena byłaby pokazana. Nie mówię, że tak jest źle, ja jako czytelnik po prostu wolę zinterpretować obraz niż mieć go wytłumaczonego.
- Trzymaj się, Anka! Dasz sobie radę?
- W takim razie już pójdę. Gdybyś czegoś potrzebowała, dzwoń o każdej porze.
Widzisz? Wiadomo, że pójdzie, ale dodatkowo o tym mówi. Można było np. napisać, że zbliżał się do drzwi czy coś. A to trzymaj się, dasz radę, znowu nienaturalne, jakby on nie przeżywał sytuacji tylko mówił do Anki jak do postaci w filmie albo dziewczyny, którą rzucił nie on, a inny chłopak.
Bo swoją drogą, Anka zachowuje się całkiem naturalnie, więcej w niej emocji, to widać od początku, a dalej jest na to coraz więcej dowodów.
Zamknęła za nim drzwi odrobinę za mocno. - widzisz, tutaj mam obraz, o to chodzi. Ja wiem i ty wiesz dlaczego zamknęła akurat teraz za mocno. I o takie interpretowanie, domysły chodzi.
Nie wiedziała, jak długo leżała skulona na podłodze, zanim zadzwonił telefon. Musiała usnąć zmęczona bólem i płaczem.
To drugie wynika z pierwszego. Czytelnik po pierwszym zdaniu się domyśla, i to drugie jest już, według mnie, niepotrzebne.
W porównaniu z nią wyglądam jak sierotka Marysia albo pasterka Zosia, a one raczej nie miały szczęścia w miłości. - to z kolei szczerze mnie rozbawiło, nie wiem czy to było zamierzone, ale naprawdę celne, ironiczne, zabawne, podoba mi się.
Tłumaczysz też wiele zachowań: Żeby nie płakać, skupiła się na czynnościach.
wolałbym znowu obraz i interpretowanie go na własną rękę zamiast wyjaśniania.
Ten dramatyczny monolog w wannie, ja nie wiem, może i tak jest dobrze, to już kwestia gustu, ale mnie nie rusza, wolałbym poczytać opis jak np. pali fotografie (bez monologu wewnętrznego) - to banalne, ale myślę, że wiesz co mam na myśli. Albo, że patrzy długo na telefon, który nie dzwoni. Albo chociaż kasuje go z komórki, czy gg. Nie wiem, tak myślę, że to by na mnie mocniej wpłynęło jako na czytelnika.
"Z trudem się podniosła, gdy poczuła, że woda stała się lodowata. Długo wycierała się ręcznikiem, by pobudzić krążenie i poczuć ciepło. Włożyła czarne dżinsy i szary luźny sweter. Związała niedbale włosy. Wciąż czuła ucisk w gardle i w klatce piersiowej."
To jest bardzo dobre. Przeczytaj jezscze raz. Plastyczne, nie? Widać te luźno spięte włosy, dżinsy i sweter, widać dziewczynę ubrana po domowemu, która jest z jakiegoś powodu teraz leniwa. O to chodzi.
Łzy wciąż płynęły." - nie wiem jak wciąż. Jak non stop, to mogła już zalać łazienkę albo coś ;-) wiesz o co chodzi, smutek pokarzesz sugestywnie głównie nie przez dosłowność, tak sądzę.
Przy tym pakowaniu się - wiadomo, że jak się pakuje, to chciałaby gdzieś wyjechać, po takim przeżyciu, prawdopodbnie uciec, pisanie o tym to dodatkowe tłumaczenie rzeczy, które łatwo wywnioskować, tak sądzę.
Ten kolejny monolog, że jej życie to pozory, że pokazuje tylko tyle ile chce - wszystko tłumaczy dosłownie, a to możnaby wywnioskować z tekstu. Oczywiście tutaj też krótka forma jest dość dużym ograniczeniem, ale mimo wszystko myślę, że warto zwrócić na to uwagę.
Psychologicznie postać Anki jest bardzo ciekawa, skomplikowana, którą właśnie czytelnik mógłby rozgryzać, poznawać na kartach powieści w trakcie czytania. Kluczem byłoby serwowanie infromacji, opisów co jakiś czas dla zaprezentowania jej charakteru.
Nakreśliłaś tu ładny szkic osobowości Anki, ja bym go zapamiętał i jeszcze wykorzystał, bo jest warty uwagi, tak sądzę.
I dobrze wychodzi ci opisywanie uczuć, wyraziście, wiadomo o co chodzi. Szczególnie przy tych mocnych, do opisu których używasz krótkich zdań.
Końcówka też dobra, sugestywna, pokazuje, że ten makijaż zmył się nie tylko z twarzy ale i z psychiki, bo, złamana, prosi Jacka by jednak przyjechał.
Widzisz, tu czytelnik właśnie się domyśla o co chodzi, że jest z nią naprawdę niedobrze i myślę, że takie zakończenie działa znacznie mocniej na odbiorcę niż najdłuższy nawet monolog.

Nie myśl tylko, że przez komentarz się wyżywam, czy piszę go ze złością. Wiadomo, że krytykując, staram się nakreślić pewien stan idealny, a rady, które daję są też radami dla mnie. Ciągle borykam się też z kwestią dosłownego opisu co postać zrobiła i tłumaczę w tekście jej zachowania tworząc jakąś sztuczną bajkę. Komentując chciałbym uczulić nie tylko ciebie, ale i siebie na konstrukcje, które mogą źle wyglądać po prostu. Także potrzebne są takie teksty, żeby było wiadomo nad czym warto popracować, co można zmienić. Zawsze też mogę się mylić, wszak to tylko moje zdanie, mój gust, a każdy ma swój :) .
Powoli biorę się za pisanie nowego tekstu, ale jeszcze nie do końca mam pomysł.